Zibi - piękność nocy
24 cze, 00:01 Maciej Stańczyk / Onet.pl

Kto temu gówniarzowi pozwolił strzelać karnego – pieklili się
kibice bydgoskiego Zawiszy, kiedy nastoletni pomocnik przestrzelił jedenastkę w
ważnym ligowym meczu. Nie wiedzieli, że ten niepozorny chłopak z rudą czupryną
za kilka lat będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Jego nazwisko
dzieciaki na podwórkach wypisywały czarnym flamastrem na swoich podkoszulkach.
Grać z "Bońkiem na plecach" to był zaszczyt.
Zbigniew
Boniek ma dziś 54 lata, wiedzie spokojne, ustatkowane życie we Włoszech. Ma
swoją firmę, inwestuje pieniądze w przeróżne interesy, oddaje się swoim pasjom
- konnym wyścigom, golfowi, tenisowi. Co jakiś czas z Rzymu spogląda na polskie
futbolowe piekiełko. Nie tak dawno wyciągnął z zapaści ukochany Widzew, ratując
klub przed tułaniem się w niższych ligach, za co w Łodzi kibice chętnie postawiliby
mu pomnik. Odszedł, kiedy znalazł dla klubu bogatego inwestora. Potem chciał
gasić pożar w Polskim
Związku Piłki Nożnej, ale związkowy beton, wybierając dwa lata temu
nowego prezesa, postawił na status quo, a nie na rewolucję. Teraz mówi się
coraz głośniej, że "Zibi" wyciąga pomocną dłoń do bydgoskiego
Zawiszy, klubu, w którym stawiał pierwsze kroki. On zawsze powtarza, że w sercu
ma miejsce dla dwóch polskich drużyn – Widzewa i Zawiszy. I choć spokojnie
mógłby żyć z dala od problemów polskiej piłki, to zawsze do niej wraca.
W Łodzi
odnosił swoje pierwsze sportowe sukcesy, w Bydgoszczy uczył się futbolu. Stąd
sentyment do Widzewa i Zawiszy. W obu miastach jest ikoną, żywą legendą. I
pierwszą osobą, w którą stronę patrzą kibice, kiedy w obu klubach dzieje się
coś złego.
-
Boniek to najlepsze, co mogło nas spotkać. Kiedyś świetny piłkarz, dziś
menedżer. Facet z prawdziwym widzewskim charakterem. Bez takich jak on, ten
klub byłby inny, albo w ogóle by już nie istniał – mówi Przemek Studziński,
kibic Widzewa. Podobnych opinii fora internetowe są pełne.
Piłkarski diament
Pochodzi
z robotniczej rodziny. W domu nigdy się nie przelewało, Bońkowie żyli od
pierwszego do pierwszego, ale dzieciom niczego nie brakowało. Mama była
krawcową, szyła m.in. rękawice dla wojska. Ojciec pracował w miejskim
Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. W młodości trochę pogrywał w bydgoskiej
Polonii. Kariery wielkiej nie zrobił, ale zaraził syna miłością do futbolu.
Zbyszek
miał dziesięć lat, kiedy pierwszy raz poszedł na piłkarski trening. Wybrał
Zawiszę, bo drużyna ta była wtedy lepsza od Polonii, a do tego na trening do
tego klubu szli wszyscy kumple z podwórka, więc poszedł i on.
Był nieduży,
niepozorny, ale już jako dzieciak miał olbrzymie serce do gry. I smykałkę,
którą szybko zauważyli trenerzy. Błyskawicznie piął się po szczeblach kariery.
Dostawał powołania do juniorskich reprezentacji Polski, jako nastolatek grał
już z drużyną seniorów Zawiszy. W klubie połapali się, że trafił im się
piłkarski diament. Boniek ledwo ukończył osiemnaście lat, a już dostał
przydział na własne mieszkanie. 46 metrów kwadratowych na jednym z blokowisk.
To wtedy było coś.
Boniek bynajmniej nie kłaniał się za to działaczom w pas. Od
małego był krnąbrny, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Mówił to, co myślał, bez
owijania w bawełnę. Przez swój cięty język omal nie zmarnował kariery. I to
kilkakrotnie. Pierwszy raz, jeszcze w Bydgoszczy.
Kto temu gówniarzowi, pozwolił strzelać karnego?
Jest 1975 rok. Drugoligowy Zawisza na własnym boisku gra mecz z
Lechią Gdańsk. Do końca spotkania zostało niecałe dziesięć minut, gdy sędzia
dyktuje rzut karny dla gospodarzy. Piłkarze nie bardzo garną się do strzelenia
jedenastki, nikt nie chce wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. W końcu do
piłki podchodzi Boniek. Miał wtedy 17 lat.
- Przestrzeliłem. Bramkarz rzucił się w jedną stronę, ja
strzeliłem drugą, ale trafiłem w słupek - wspominał wiele razy.
Do końca meczu wynik już się nie zmienił. Piłkarze schodzą już z
boiska, kiedy z trybun pada ostry komentarz pod adresem młodego Bońka. - Kto
dał gówniarzowi strzelać karnego - piekli się jeden z kibiców. "Zibi"
nie wytrzymuje, odpowiada równie ostro. Dopiero później dowie się, że
odpyskował żywej legendzie Zawiszy, Zdzisławowi Krzyszkowiakowi, lekkoatlecie,
mistrzowi olimpijskiemu z Rzymu, dwukrotnemu mistrzowi Europy w bieganiu.
W Bydgoszczy wybuchła afera, lokalne gazety grzmiały o chamskim
zachowaniu Bońka, młody piłkarz został zawieszony przez klub. Nie wiadomo, jak
dalej potoczyłaby się jego kariera, gdyby nie prezesi łódzkiego Widzewa.
Właśnie poważnie zabierali się do budowy drużyny, która miała zawojować całą
Europę i zapragnęli mieć w jej szeregach rudowłosego pomocnika z Bydgoszczy.
Boniek przeprowadził się do Łodzi jeszcze w tym samym roku. Chodził wtedy do
trzeciej klasy liceum.
Najpierw Manchester, potem Juventus...
Widzew nie był wtedy drużyną dla maminsynków. Na treningach
trzeszczały kości, piłkarze wewnętrzne sparingi traktowali bardzo serio. Grali
w nich na pieniądze, więc nikt nawet nie ważył się odstawiać nogi. Boniek w
drużynie odnajduje się doskonale, szybko staje się jej mocnym punktem. O
rudowłosym pomocniku zaczyna mówić cała Polska. Dla niego to był dopiero
pierwszy krok na drodze do międzynarodowej kariery. Właśnie stawał u jej progu.
Sezon 1976/77 - Widzew zostaje wicemistrzem Polski. W pucharze
UEFA trafia na Manchester City. Naszpikowana gwiazdami angielska drużyna ma
zmieść z boiska nikomu nieznany zespół z Łodzi. Kończy się sensacją, bo w Łodzi
pada bezbramkowy remis, a w Anglii jest 2:2. Dwie bramki dla Widzewa strzela
właśnie Zbigniew Boniek. - Nie wiem, jak to się stało. W momencie oddawania
strzałów, miałem zamknięte oczy – mówił wtedy dziennikarzom. Widzew przeszedł
dalej, ale w następnej rundzie musiał uznać wyższość PSV Eidhoven.
Z przytupem Widzew wraca na salony w 1980 roku. Najpierw
łodzianie wyeliminowali równie sławny Manchester United, żeby w drugiej rundzie
zmierzyć się z utytułowanym Juventusem Turyn. Znów wszyscy skazywali łodzian na
pożarcie. W drużynie panowała zupełnie odmienna atmosfera. Zbigniew Boniek w
wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" wspominał: - Czekaliśmy na
wiadomości z losowania kolejnego przeciwnika. Nie było faksów i komórek, więc
po treningu zgromadziliśmy się wszyscy w gabinecie prezesa. Siedziało tam ze
dwudziestu chłopa. Wreszcie dzwoni telefon, odbiera go świętej pamięci Stefan
Wroński i robi się biały jak ściana i mówi: - "Panowie, Juventus Turyn”.
A my wszyscy jednym głosem: - "Gdzie gramy pierwszy mecz?”
On: "U siebie".
My: "No to mamy ich!".
Byliśmy jak głodne wilki – żadnego strachu, choć Włosi byli
wtedy jedną z najlepszych drużyn w Europie" – opowiadał Boniek.
"Głodne wilki" z Łodzi odprawiają z kwitkiem słynne
"Juve" po rzutach karnych. Odpowiedzialność na siebie bierze właśnie
Zbigniew Boniek. To on strzela ostatnią, decydującą o awansie jedenastkę.
Wtedy znał go już cały piłkarski świat. Zaczarował go na
mundialu w Argentynie, gdzie był jednym z najlepszych zawodników, mimo że
reprezentacja Polski nie zachwycała swoją grą. On błyszczał i zwracał uwagę
zachodnich klubów. Posypały się propozycję. Chciała go Barcelona, a angielscy
menedżerowie podtykali mu pusty czek, na którym mógł wypisać kwotę, jaką chcę
zarabiać. Wszystkim odmawiał, bo chciał najpierw skończyć w Polsce studia.
Obiecał to rodzicom.
"Uliczkę znam w Barcelonie, na uliczkę wyskoczył
Boniek"
Kontrakt z zachodnim klubem podpisuje tuż przed mistrzostwami
świata w Hiszpanii w 1982 roku. Ma 26 lat, wyjeżdża za granicę jako najmłodszy
polski piłkarz. Kupuje go Juventus Turyn za bajońską jak na ówczesne polskie
warunki sumę 1,8 miliona dolarów. Polscy działacze muszą sobie pluć w brodę, bo
na hiszpańskim mundialu Boniek jest gwiazdą pierwszego formatu, po
mistrzostwach jego wartość skacze w górę kilkakrotnie.
Początek turnieju nie zapowiada jednak dobrej passy Bońka.
Remisujemy bezbramkowo z Włochami i Kamerunem, a dziennikarze na "Zibim”
wieszają wszystkie psy. Jeden napisał, że powinien wychodzić na boisko z
taboretem, bo nie chcę mu się grać, ktoś inny drwił z bossów Juventusu, że
muszą płakać, bo zrobili najgorszy interes życia, kupując rudowłosego
pomocnika. Boniek zamyka wszystkim usta w meczu z Peru. Wygrywamy 5:1, on sam
strzela jedną z bramek, kolejną wykłada Andrzejowi Buncolowi. Zagranie jest
pierwszej marki, podane piętką. Akcja przechodzi do legendy polskiego futbolu.
Boniek z meczu na mecz się rozkręca. Z Belgią wygrywamy 3:0, a
"Zibi" zdobywa hat tricka. Mimo tego, że przed meczem rozłożyła go
gorączka.
- Leżałem dwa dni chory, miałem czterdzieści stopni gorączki,
antybiotykami mnie doprowadzano na boisko. Bo ja sobie nie wyobrażałem, że mogę
nie grać. Jakbym nadal miał czterdzieści stopni, to bym wziął trzy aspiryny,
które by mi zbiły gorączkę, a po meczu bym najwyżej umarł - mówił w jednym z
wywiadów.
Po mundialu, na którym zdobywamy brązowy medal, Boniek zostaje
uznany przez prestiżowy "France Football" trzecim piłkarzem na
świecie.
"Piękność nocy"
Olśniewa też w barwach "Starej Damy". Najlepsze mecze
gra przy sztucznym świetle, dlatego dziennikarze mówią na niego "piękność
nocy". Rzeczywiście gra jak z nut. Paolo Rossi, Michel Platini i on
decydują o sile Juventusu. Do dziś kibice "Starej Damy" mówią, że w
ich klubie nie było drugiej takiej pary cudzoziemców, jak Boniek i Platini.
Polak i Francuz nadają ton grze i prowadzą zespół z Turynu do sukcesów. W 1984
roku "Juve" zdobywa Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. Rok
później jedenastka z Turynu pierwszy raz w historii sięga po Puchar Europy.
To wtedy finał rozgrywano na stadionie Heysel w Brukseli. W
dramatycznych okolicznościach. Przed meczem, podczas zamieszek na stadionie
ginie 39 osób, część w wyniku starć, część pod gruzami zawalonej trybuny.
Atmosfera jest tak napięta, że nie wiadomo, czy mecz w ogóle się odbędzie. W
końcu piłkarze wychodzą na boisko, murawę otacza szczelny kordon policji z
psami. Na boisku Juventus toczy zacięty bój z Liverpoolem. Po akcji Bońka,
sędzia dyktuje jedenastkę, którą na bramkę zamienia Platini. Mecz kończy się
wynikiem 1:0. Juventus sięga po puchar. Boniek premię za finał przelewa na
konta poszkodowanych podczas piekła Heysel.
To dla niego też pożegnalny mecz w barwach "Starej
Damy". Polak przeprowadza się do Rzymu, do Romy. Gra jeszcze dwa lata i
postanawia zawiesić korki na kołku. - W styczniu 1988 roku miałem powikłania z
płucami. Po tygodniu doszedłem do siebie, zacząłem trenować, ale fizycznie i
psychicznie ciągle byłem zmęczony. Spostrzegłem, że po treningu zaczynają mi
puchnąć kostki – zdradza powody do zakończenia kariery "Gazecie
Wyborczej".
Ma dopiero 32 lata kiedy kończy karierę. Zabiera się za biznes.
Najpierw inwestuje w rynek nieruchomości, potem m.in. zaczyna handlować prawami
do transmisji telewizyjnych. Ma rękę do interesów, w biznesie jest skuteczny,
jak przed laty na boisku.
Gorzej mu idzie na ławce trenerskiej. Nie udała mu się przygoda
z Lecce, Bari, Avelino. Na ławce selekcjonera reprezentacji Polski też nie
zagrzał długo miejsca. Szkoleniowy rozdział to skaza na usłanym różami CV
Bońka, ale przecież nie każdy świetny piłkarz rodzi się też zdolnym trenerem.
Celebryta, któremu sława nie uderzyła do głowy
Boniek
chyba to zrozumiał, bo dziś znów skupia się na interesach. Mieszka w Rzymie,
bez rozgłosu, choć w mediach pojawia się równie często jak celebryci. On jednak
nie rozmienia swojej sławy na drobne, nie zachowuje się jak rozpieszczone
gwiazdki, których pełno wśród współczesnych idoli piłkarskich, nie zmienia
partnerek jak rękawiczek, nie trwoni majątku w kasynach, nie bryluje w nocnych
klubach. Od ponad trzydziestu lat żonaty jest z Wiesławą, swoją pierwszą
miłością. Poznali się jeszcze w liceum, Zbyszek zabierał ją na randki do
kawiarni, na kieliszek rieslinga. Dochowali się wspólnie trójki dorosłych już
dzieci. Bońkowi sława do głowy nie uderzyła, choć przecież jest jednym ze stu
najlepszych piłkarzy na świecie. Uznał tak sam Pele.
Maciej Stańczyk
Autor: Maciej Stańczyk Źródła: Onet.pl