Stwórz własną społeczność   BZURA OZORKÓW 1986 / 1990   Rejestracja Zaloguj się  





Serdecznie witam na mojej stronie, którą poświęciłem mojemu hobby czyli piłce nożnej skupiając się na moim największym sukcesie jaki zdołałem osiągnąć wraz z moimi kolegami z ozorkowskiego klubu w którym miałem przyjemność przez kilka sezonów trenować i grać.

Mam nadzieję, że mieszkańcom Ozorkowa a szczególnie moim kolegom z boiska oraz starszym sympatykom klubu sportowego BZURA ożywię wspomnienia, natomiast młodszym adeptom i kibicom piłki nożnej udowodnię, że w sporcie warto dążyć do określonego przez siebie celu i go osiągnąć.

Historia klubu, zdjęcia, opisy z niektórych meczów, wycinki z prasy codziennej z tamtego okresu, tabele i uzyskiwane miejsca przez nasz zespół w określonych sezonach i wiele innych wartościowych wiadomości - to co udało mi się zebrać przekazuję Wam wszystkim.

W zakładce "strona główna" stopniowo uzupełniam informacje z pozostałych etapów mojej przygody z piłką nożną.

Zachęcam do lektury.

UWAGA - aby obejrzeć zdjęcie należy najechać kursorem na jedno z umieszczonych na stronie zdjęć, następnie kliknąć raz lewym przyciskiem myszki a po pojawieniu się następnego okna z tym samym zdjęciem kliknąć na to zdjęcie ponownie.




Historia klubu jaką udało mi się zdobyć została spisana i wydana w formie folderu, który klub Bzura Ozorków rozdawał swoim działaczom i zawodnikom z okazji kolejnych rocznic istnienia.

Poniżej przedstawiam zdjęcia ze stron tego jubileuszowego wydawnictwa.

Jak się przekonacie klub to nie tylko piłka nożna, ponieważ istniały także inne sekcje sportowe, które też odnosiły i do dnia dzisiejszego odnoszą sukcesy jak choćby sekcja piłki siatkowej.

 

kilka faktów z historii klubu ...

szacunek dla Tych Panów



liga okręgowa - rok 1971 i 1972

Ten materiał dla wielu czytelników może się okazać bardzo "archiwalny", ale trzeba o tych latach i grających (wtedy młodych chłopakach) też wspomnieć.
Wielu z tych zawodników w późniejszym czasie podjęło w ozorkowskim klubie pracę szkoleniową i jako instruktorzy, działacze i trenerzy osiągali z wieloma zespołami w różnych grupach wiekowych spore sukcesy.

UWAGA Cały materiał z lat 1971/1972 otrzymałem od sympatyka łęczyckiego Górnika - Sławomira Kupisza

liga okręgowa w Ozorkowie w latach 1971 i 1972

to trzeba powiedzieć



Gra w ozorkowskim klubie była dla nas nie lada wyzwaniem, ponieważ nie wszyscy zawodnicy byli mieszkańcami Ozorkowa, niektórzy z nas przyjechali z odległych miast (np. Korsze, Rzeszów, Olkusz, Bełchatów, Bytom) pozostali mieli troszkę bliżej gdyż byli mieszkańcami Łodzi, Łęczycy, Parzęczewa czy Zgierza.

Paru chłopaków, za usilnymi staraniami ówczesnego kierownika drużyny Pana Karola Majchrzaka, odbywając zasadniczą służbę wojskową mogło trenować i grać w ozorkowskim klubie.

Nikt wtedy nie wierzył, że z takiego zlepku zawodników można zrobić ekipe która będzie przez parę sezonów jedną z lepszych drużyn seniorów w łódzkim okręgu.
Teraz można śmiało powiedzieć  -  jak my się wtedy myliliśmy. Spędziliśmy swe najlepsze dla zawodnika lata w klubie, który jak na tamte czasy dał nam bardzo wiele (oczywiście jest to moje osobiste przemyślenie, z którym jak myślę paru moich kolegów zgodzi się w stu procentach).

Po pierwsze - klub dał nam możliwość trenowania i doskonalenia swojej sprawności fizycznej (niektórym z nas w czasie uczęszczania na łódzkie uczelnie, innym w czasie odbywania służby wojskowej)
po drugie
- w klubie mogliśmy grać dla prawdziwych i oddanych swojej drużynie miejscowych kibiców
po trzecie - wszyscy grając w Bzurze Ozorków osiągnęliśmy duży sportowy sukces.



klubowe pamiątki - znaczki - proporczyki - bilety

proporczyk RKS BZURA OZORKÓW
proporczyk RKS BZURA OZORKÓW Oglądane: 196
Komentarze: 0
proporczyk RKS BZURA OZORKÓW
proporczyk RKS BZURA OZORKÓW Oglądane: 196
Komentarze: 0
odznaka MKS BZURA OZORKÓW 1948
odznaka MKS BZURA OZORKÓW 1948 Oglądane: 173
Komentarze: 0
proporczyk MKS BZURA OZORKÓW
proporczyk MKS BZURA OZORKÓW Oglądane: 163
Komentarze: 0
proporczyk MKS BZURA OZORKÓW
proporczyk MKS BZURA OZORKÓW Oglądane: 169
Komentarze: 0
bilet
bilet Oglądane: 162
Komentarze: 0
UWAGA - Wszystkie zdjęcia oryginalnych i zachowanych w bardzo dobrym stanie pamiątek klubowych otrzymałem od łódzkiego kolekcjonera i wielkiego miłośnika sportu Pana Krzysztofa Armackiego.


reorganizacja - walczymy, aby załapać się w pierwszej ósemce



Przełomowym sezonem, który tak mi się wydaje wpłynął na dalsze sportowe stopniowe awanse klubu w rozgrywkach organizowanych przez łódzki OZPN był sezon 1985-1986 kiedy nastąpić miała reorganizacja lig, więc nie muszę mówić że było o co walczyć, gdyż tylko 8 drużyn z 14 przechodziło do klasy wyższej, czyli łódzkiej ligi okręgowej seniorów.

Pierwszy krok został zrobiony ...


informacje prasowe - łódzka liga okręgowa "klasa A"

sezon przetrwania i budowy zespołu



Kolejny sezon 1986-1987 rozpoczęliśmy już w łódzkiej okręgowej lidze seniorów.

W naszym zespole następować zaczęły zmiany personalne i skład w ciągu całego sezonu 1986-1987 zaczął się z meczu na mecz zmieniać i krystalizować.

Oczywiście nasze wyniki uzyskiwane wtedy nie były najlepsze, staraliśmy się grać jak najlepiej, ale większość drużyn w tej klasie prezentowało się lepiej od nas.

W całym sezonie zajęliśmy 10 miejsce w tabeli i nie spadliśmy z "okręgówki"
To był nasz krok numer dwa, co prawda mały krok, ale zrobiony do przodu
.


pierwsze sukcesy w Pucharze Polski na szczeblu wojewódzkim



Po bardzo dobrym przygotowaniu naszej ekipy przez trenera Wojnowskiego, do najważniejszego w historii klubu sezonu, nie było zmiłuj, więc nie pozwalaliśmy na zbyt wiele naszym meczowym przeciwnikom - także w rozgrywkach Pucharu Polski.

Dochodziło wreszcie do takich sytuacji, że ogrywaliśmy mocniejsze i bardziej doświadczone drużyny i nie robiło nam różnicy, czy gramy u siebie w Ozorkowie, czy na tzw. wyjeździe.


info prasowe - wojewódzkie rozgrywki Pucharu Polski

jest "Wojna" - nie ma mocnych, lejemy wszystkich jak leci



Kolejne rozgrywki potraktowaliśmy już bardzo poważnie, stanowiliśmy dużo mocniejszą ekipe niż rok wcześniej i byliśmy jednym z lepszych zespołów w łódzkim okręgu.

Siła naszego zespołu to bardzo solidne przygotowanie do sezonu, bardzo umiejętnie dobranie i ustawienie drużyny przez trenera Andrzeja Wojnowskiego.

Trener i jego współpracownicy ( Panowie Karol Majchrzak i Eugeniusz Dobosiak) przekonywali nas że można ogrywać wszystkich w tej lidze okręgowej, a my czuliśmy się na tyle silni aby to realizować.
 

info z najlepszego sezonu zakończonego awansem do III-ligi

liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 121
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 122
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 114
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 132
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 114
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 119
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 128
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 132
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 121
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 123
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 111
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 126
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 111
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 129
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 122
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 113
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 121
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 126
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 128
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 125
Komentarze: 0
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988
liga okręgowa seniorów sezon 1987/1988 Oglądane: 141
Komentarze: 0

zimowy piłkarski turniej wyzwolenia Łodzi



Stało się tradycją, że na stadionie łódzkiego Orła corocznie w styczniu łódzki okręgowy związek piłki nożnej organizował zimowy piłkarski turniej Wyzwolenia Łodzi.

W pierwszej fazie turnieju rozgrywały swoje mecze drużyny niższych szczebli rozgrywkowych (czyli zespoły lig okręgowych i III-ligi) a następnie do gry wchodziły silniejsze ekipy z II i I ligi.

Do uczestnictwa w tym jubileuszowym turnieju zapraszano zawsze najlepsze i najbardziej liczące się na piłkarskim "polu" drużyny z ówczesnego województwa łódzkiego.
Udział Bzury Ozorków był dla klubu i zawodników ogromnym wyróżnieniem


info prasowe z turnieju wyzwolenia Łodzi

zapisaliśmy się w historii klubu i historii miasta



Osiągnęliśmy upragniony awans do III-ligi, który był owocem naszej ciężkiej pracy na treningach. 

Awans to także zasługa wielu ludzi związanych z klubem oraz miejscowych zakładów pracy - Morfeo i Latona, które w dużym stopniu pomagały klubowi i nam zaistnieć w "piłkarskim świecie".
 
Awans to jedyny jak do tej pory udział piłkarskiego zespołu z Ozorkowa w rozgrywkach centralnych III ligi piłki nożnej.

Awans to także wspaniała nagroda od nas zawodników i działaczy dla naszych wszystkich miejscowych kibiców za wsparcie i doping podczas rozgrywanych spotkań piłkarskich.

 

jednoroczni trzecioligowcy z Ozorkowa

SKARB KIBICA krakowskiego TEMPA na sezon 1988 / 1989

kadra  BZURY OZORKÓW III-liga (rok 1988)
kadra BZURY OZORKÓW III-liga (rok 1988) Oglądane: 186
Komentarze: 0
zapowiedź III-ligi
zapowiedź III-ligi Oglądane: 412
Komentarze: 0
skarb kibica krakowskie Tempo
skarb kibica krakowskie Tempo Oglądane: 420
Komentarze: 0
skarb kibica krakowskie Tempo
skarb kibica krakowskie Tempo Oglądane: 312
Komentarze: 0

mecze sparingowe przed III-ligą

za wysokie progi jak na nasze nogi . . . ?



Przygotowania do pierwszego (a jak się nie tak długo później okazało) jednocześnie ostatniego w historii klubu sezonu w którym klub zaistniał w centralnej III lidze polskiej piłki nożnej przebiegły wzorowo.

Klub zapewnił nam odpowiednio dobre warunki do treningu.
Płyta boiska po szeregu prac renowacyjnych została doprowadzona do stanu prawie idealnego, wyglądała jak przysłowiowy "dywan".
Pozostało nam tylko grać i pokazać że jesteśmy dobrzy i że awans nie był przypadkowy.

Stało się jednak to czego nikt z nas piłkarzy, ani nikt z działaczy nie dopuszczał do myśli.

Z drużyny, która była postrachem dla swoich przeciwników w niższych klasach rozgrywkowych (a dodam że skład jaki mieliśmy, jak na możliwości klubu był na prawdę dosyć solidny, więc oczekiwaliśmy od siebie dobrej gry i sprawienia kilku niespodzianek z dużo lepszymi piłkarsko i organizacyjnie zespołami) staliśmy się w dość krótkim czasie drużyną "do bicia" tzw. dostarczycielem punktów.

Wiele jest tego przyczyn min. kontuzje przed samym sezonem, brak stabilności w składzie drużyny, częste zmiany personalne w poszczególnych formacjach, a później wewnętrzne niepotrzebne nieporozumienia między zawodnikami i działaczami.

Często staraliśmy się grać to czym zawsze pogrążaliśmy naszych przeciwników - czyli otwartą ofensywną piłką, ale jak się co raz częściej okazywało nie była to odpowiednia gra na doświadczone trzecioligowe drużyny.

 

info - Bzura Ozorków pierwsza runda w III-lidze

III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 278
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 253
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 266
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 273
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 244
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 149
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 122
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 134
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 132
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 124
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 121
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 132
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 119
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 129
Komentarze: 0
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989
III-liga grupa IV sezon 1988 / 1989 Oglądane: 137
Komentarze: 0

ustanowiliśmy kilka niechlubnych rekordów



Wyniki uzyskane w meczach rewanżowych przez naszą drużynę mogą dziwić i szokować, szczególnie ilość porażek i ich rozmiar.
Minus 13 punktów które nam przydzielono, tylko 9 strzelonych bramek naszym przeciwnikom oraz bardzo dużo ponad 100 straconych goli to nasze niechlubne rekordy.

Niestety realia były takie, że byliśmy najsłabszym zespołem w czwartej grupie trzeciej ligi.
Chcieliśmy i robiliśmy wszystko co umieliśmy i na co nam przeciwnicy pozwalali, a że pozwalali tylko nam oddychać to widać po uzyskiwanych wynikach.

Było warto, a doświadczenie jakie zebraliśmy podczas rocznego pobytu w trzeciej lidze nie poszło na marne, gdyż w następnych paru sezonach drużyna z Ozorkowa zajmowała czołowe lokaty w lidze okręgowej i dzielnie walczyła w rozgrywkach Pucharu Polski

 


Materiały, które wykorzystano do powstania tej strony udostępnili ze swoich prywatnych, ale jakże cennych zbiorów Panowie :

 -  Eugeniusz Dobosiak
 -  Arkadiusz Góra
 -  Krzysztof Armacki
 -  Sławomir Kupisz
 -  Krzysztof Rogowski

 
ZALOGUJ SIĘ

Nazwa 
Hasło 
 
 
  Załóż konto
Zapomniałem nazwę / hasło
 



Create your own banner at mybannermaker.com!

słynny widzewski charakter

Zibi - piękność nocy

24 cze, 00:01      Maciej Stańczyk / Onet.pl


Kto temu gówniarzowi pozwolił strzelać karnego – pieklili się kibice bydgoskiego Zawiszy, kiedy nastoletni pomocnik przestrzelił jedenastkę w ważnym ligowym meczu. Nie wiedzieli, że ten niepozorny chłopak z rudą czupryną za kilka lat będzie jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Jego nazwisko dzieciaki na podwórkach wypisywały czarnym flamastrem na swoich podkoszulkach. Grać z "Bońkiem na plecach" to był zaszczyt.

Zbigniew Boniek ma dziś 54 lata, wiedzie spokojne, ustatkowane życie we Włoszech. Ma swoją firmę, inwestuje pieniądze w przeróżne interesy, oddaje się swoim pasjom - konnym wyścigom, golfowi, tenisowi. Co jakiś czas z Rzymu spogląda na polskie futbolowe piekiełko. Nie tak dawno wyciągnął z zapaści ukochany Widzew, ratując klub przed tułaniem się w niższych ligach, za co w Łodzi kibice chętnie postawiliby mu pomnik. Odszedł, kiedy znalazł dla klubu bogatego inwestora. Potem chciał gasić pożar w Polskim Związku Piłki Nożnej, ale związkowy beton, wybierając dwa lata temu nowego prezesa, postawił na status quo, a nie na rewolucję. Teraz mówi się coraz głośniej, że "Zibi" wyciąga pomocną dłoń do bydgoskiego Zawiszy, klubu, w którym stawiał pierwsze kroki. On zawsze powtarza, że w sercu ma miejsce dla dwóch polskich drużyn – Widzewa i Zawiszy. I choć spokojnie mógłby żyć z dala od problemów polskiej piłki, to zawsze do niej wraca.

W Łodzi odnosił swoje pierwsze sportowe sukcesy, w Bydgoszczy uczył się futbolu. Stąd sentyment do Widzewa i Zawiszy. W obu miastach jest ikoną, żywą legendą. I pierwszą osobą, w którą stronę patrzą kibice, kiedy w obu klubach dzieje się coś złego.

- Boniek to najlepsze, co mogło nas spotkać. Kiedyś świetny piłkarz, dziś menedżer. Facet z prawdziwym widzewskim charakterem. Bez takich jak on, ten klub byłby inny, albo w ogóle by już nie istniał – mówi Przemek Studziński, kibic Widzewa. Podobnych opinii fora internetowe są pełne.

Piłkarski diament

Pochodzi z robotniczej rodziny. W domu nigdy się nie przelewało, Bońkowie żyli od pierwszego do pierwszego, ale dzieciom niczego nie brakowało. Mama była krawcową, szyła m.in. rękawice dla wojska. Ojciec pracował w miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. W młodości trochę pogrywał w bydgoskiej Polonii. Kariery wielkiej nie zrobił, ale zaraził syna miłością do futbolu.

Zbyszek miał dziesięć lat, kiedy pierwszy raz poszedł na piłkarski trening. Wybrał Zawiszę, bo drużyna ta była wtedy lepsza od Polonii, a do tego na trening do tego klubu szli wszyscy kumple z podwórka, więc poszedł i on.

Był nieduży, niepozorny, ale już jako dzieciak miał olbrzymie serce do gry. I smykałkę, którą szybko zauważyli trenerzy. Błyskawicznie piął się po szczeblach kariery. Dostawał powołania do juniorskich reprezentacji Polski, jako nastolatek grał już z drużyną seniorów Zawiszy. W klubie połapali się, że trafił im się piłkarski diament. Boniek ledwo ukończył osiemnaście lat, a już dostał przydział na własne mieszkanie. 46 metrów kwadratowych na jednym z blokowisk. To wtedy było coś.

Boniek bynajmniej nie kłaniał się za to działaczom w pas. Od małego był krnąbrny, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Mówił to, co myślał, bez owijania w bawełnę. Przez swój cięty język omal nie zmarnował kariery. I to kilkakrotnie. Pierwszy raz, jeszcze w Bydgoszczy.  

Kto temu gówniarzowi, pozwolił strzelać karnego?

Jest 1975 rok. Drugoligowy Zawisza na własnym boisku gra mecz z Lechią Gdańsk. Do końca spotkania zostało niecałe dziesięć minut, gdy sędzia dyktuje rzut karny dla gospodarzy. Piłkarze nie bardzo garną się do strzelenia jedenastki, nikt nie chce wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. W końcu do piłki podchodzi Boniek. Miał wtedy 17 lat.

- Przestrzeliłem. Bramkarz rzucił się w jedną stronę, ja strzeliłem drugą, ale trafiłem w słupek - wspominał wiele razy.

Do końca meczu wynik już się nie zmienił. Piłkarze schodzą już z boiska, kiedy z trybun pada ostry komentarz pod adresem młodego Bońka. - Kto dał gówniarzowi strzelać karnego - piekli się jeden z kibiców. "Zibi" nie wytrzymuje, odpowiada równie ostro. Dopiero później dowie się, że odpyskował żywej legendzie Zawiszy, Zdzisławowi Krzyszkowiakowi, lekkoatlecie, mistrzowi olimpijskiemu z Rzymu, dwukrotnemu mistrzowi Europy w bieganiu.

W Bydgoszczy wybuchła afera, lokalne gazety grzmiały o chamskim zachowaniu Bońka, młody piłkarz został zawieszony przez klub. Nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się jego kariera, gdyby nie prezesi łódzkiego Widzewa. Właśnie poważnie zabierali się do budowy drużyny, która miała zawojować całą Europę i zapragnęli mieć w jej szeregach rudowłosego pomocnika z Bydgoszczy. Boniek przeprowadził się do Łodzi jeszcze w tym samym roku. Chodził wtedy do trzeciej klasy liceum.

Najpierw Manchester, potem Juventus...

Widzew nie był wtedy drużyną dla maminsynków. Na treningach trzeszczały kości, piłkarze wewnętrzne sparingi traktowali bardzo serio. Grali w nich na pieniądze, więc nikt nawet nie ważył się odstawiać nogi. Boniek w drużynie odnajduje się doskonale, szybko staje się jej mocnym punktem. O rudowłosym pomocniku zaczyna mówić cała Polska. Dla niego to był dopiero pierwszy krok na drodze do międzynarodowej kariery. Właśnie stawał u jej progu.

Sezon 1976/77 - Widzew zostaje wicemistrzem Polski. W pucharze UEFA trafia na Manchester City. Naszpikowana gwiazdami angielska drużyna ma zmieść z boiska nikomu nieznany zespół z Łodzi. Kończy się sensacją, bo w Łodzi pada bezbramkowy remis, a w Anglii jest 2:2. Dwie bramki dla Widzewa strzela właśnie Zbigniew Boniek. - Nie wiem, jak to się stało. W momencie oddawania strzałów, miałem zamknięte oczy – mówił wtedy dziennikarzom. Widzew przeszedł dalej, ale w następnej rundzie musiał uznać wyższość PSV Eidhoven.

Z przytupem Widzew wraca na salony w 1980 roku. Najpierw łodzianie wyeliminowali równie sławny Manchester United, żeby w drugiej rundzie zmierzyć się z utytułowanym Juventusem Turyn. Znów wszyscy skazywali łodzian na pożarcie. W drużynie panowała zupełnie odmienna atmosfera. Zbigniew Boniek w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" wspominał: - Czekaliśmy na wiadomości z losowania kolejnego przeciwnika. Nie było faksów i komórek, więc po treningu zgromadziliśmy się wszyscy w gabinecie prezesa. Siedziało tam ze dwudziestu chłopa. Wreszcie dzwoni telefon, odbiera go świętej pamięci Stefan Wroński i robi się biały jak ściana i mówi: - "Panowie, Juventus Turyn”.

A my wszyscy jednym głosem: - "Gdzie gramy pierwszy mecz?”

On: "U siebie".

My: "No to mamy ich!".

Byliśmy jak głodne wilki – żadnego strachu, choć Włosi byli wtedy jedną z najlepszych drużyn w Europie" – opowiadał  Boniek.

"Głodne wilki" z Łodzi odprawiają z kwitkiem słynne "Juve" po rzutach karnych. Odpowiedzialność na siebie bierze właśnie Zbigniew Boniek. To on strzela ostatnią, decydującą o awansie jedenastkę.

Wtedy znał go już cały piłkarski świat. Zaczarował go na mundialu w Argentynie, gdzie był jednym z najlepszych zawodników, mimo że reprezentacja Polski nie zachwycała swoją grą. On błyszczał i zwracał uwagę zachodnich klubów. Posypały się propozycję. Chciała go Barcelona, a angielscy menedżerowie podtykali mu pusty czek, na którym mógł wypisać kwotę, jaką chcę zarabiać. Wszystkim odmawiał, bo chciał najpierw skończyć w Polsce studia. Obiecał to rodzicom.

"Uliczkę znam w Barcelonie, na uliczkę wyskoczył Boniek"

Kontrakt z zachodnim klubem podpisuje tuż przed mistrzostwami świata w Hiszpanii w 1982 roku. Ma 26 lat, wyjeżdża za granicę jako najmłodszy polski piłkarz. Kupuje go Juventus Turyn za bajońską jak na ówczesne polskie warunki sumę 1,8 miliona dolarów. Polscy działacze muszą sobie pluć w brodę, bo na hiszpańskim mundialu Boniek jest gwiazdą pierwszego formatu, po mistrzostwach jego wartość skacze w górę kilkakrotnie.

Początek turnieju nie zapowiada jednak dobrej passy Bońka. Remisujemy bezbramkowo z Włochami i Kamerunem, a dziennikarze na "Zibim” wieszają wszystkie psy. Jeden napisał, że powinien wychodzić na boisko z taboretem, bo nie chcę mu się grać, ktoś inny drwił z bossów Juventusu, że muszą płakać, bo zrobili najgorszy interes życia, kupując rudowłosego pomocnika. Boniek zamyka wszystkim usta w meczu z Peru. Wygrywamy 5:1, on sam strzela jedną z bramek, kolejną wykłada Andrzejowi Buncolowi. Zagranie jest pierwszej marki, podane piętką. Akcja przechodzi do legendy polskiego futbolu.

Boniek z meczu na mecz się rozkręca. Z Belgią wygrywamy 3:0, a "Zibi" zdobywa hat tricka. Mimo tego, że przed meczem rozłożyła go gorączka.

- Leżałem dwa dni chory, miałem czterdzieści stopni gorączki, antybiotykami mnie doprowadzano na boisko. Bo ja sobie nie wyobrażałem, że mogę nie grać. Jakbym nadal miał czterdzieści stopni, to bym wziął trzy aspiryny, które by mi zbiły gorączkę, a po meczu bym najwyżej umarł - mówił w jednym z wywiadów.

Po mundialu, na którym zdobywamy brązowy medal, Boniek zostaje uznany przez prestiżowy "France Football" trzecim piłkarzem na świecie.

"Piękność nocy"

Olśniewa też w barwach "Starej Damy". Najlepsze mecze gra przy sztucznym świetle, dlatego dziennikarze mówią na niego "piękność nocy". Rzeczywiście gra jak z nut. Paolo Rossi, Michel Platini i on decydują o sile Juventusu. Do dziś kibice "Starej Damy" mówią, że w ich klubie nie było drugiej takiej pary cudzoziemców, jak Boniek i Platini. Polak i Francuz nadają ton grze i prowadzą zespół z Turynu do sukcesów. W 1984 roku "Juve" zdobywa Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. Rok później jedenastka z Turynu pierwszy raz w historii sięga po Puchar Europy.

To wtedy finał rozgrywano na stadionie Heysel w Brukseli. W dramatycznych okolicznościach. Przed meczem, podczas zamieszek na stadionie ginie 39 osób, część w wyniku starć, część pod gruzami zawalonej trybuny. Atmosfera jest tak napięta, że nie wiadomo, czy mecz w ogóle się odbędzie. W końcu piłkarze wychodzą na boisko, murawę otacza szczelny kordon policji z psami. Na boisku Juventus toczy zacięty bój z Liverpoolem. Po akcji Bońka, sędzia dyktuje jedenastkę, którą na bramkę zamienia Platini. Mecz kończy się wynikiem 1:0. Juventus sięga po puchar. Boniek premię za finał przelewa na konta poszkodowanych podczas piekła Heysel.

To dla niego też pożegnalny mecz w barwach "Starej Damy". Polak przeprowadza się do Rzymu, do Romy. Gra jeszcze dwa lata i postanawia zawiesić korki na kołku. - W styczniu 1988 roku miałem powikłania z płucami. Po tygodniu doszedłem do siebie, zacząłem trenować, ale fizycznie i psychicznie ciągle byłem zmęczony. Spostrzegłem, że po treningu zaczynają mi puchnąć kostki – zdradza powody do zakończenia kariery "Gazecie Wyborczej". 

Ma dopiero 32 lata kiedy kończy karierę. Zabiera się za biznes. Najpierw inwestuje w rynek nieruchomości, potem m.in. zaczyna handlować prawami do transmisji telewizyjnych. Ma rękę do interesów, w biznesie jest skuteczny, jak przed laty na boisku.

Gorzej mu idzie na ławce trenerskiej. Nie udała mu się przygoda z Lecce, Bari, Avelino. Na ławce selekcjonera reprezentacji Polski też nie zagrzał długo miejsca. Szkoleniowy rozdział to skaza na usłanym różami CV Bońka, ale przecież nie każdy świetny piłkarz rodzi się też zdolnym trenerem.

Celebryta, któremu sława nie uderzyła do głowy

Boniek chyba to zrozumiał, bo dziś znów skupia się na interesach. Mieszka w Rzymie, bez rozgłosu, choć w mediach pojawia się równie często jak celebryci. On jednak nie rozmienia swojej sławy na drobne, nie zachowuje się jak rozpieszczone gwiazdki, których pełno wśród współczesnych idoli piłkarskich, nie zmienia partnerek jak rękawiczek, nie trwoni majątku w kasynach, nie bryluje w nocnych klubach. Od ponad trzydziestu lat żonaty jest z Wiesławą, swoją pierwszą miłością. Poznali się jeszcze w liceum, Zbyszek zabierał ją na randki do kawiarni, na kieliszek rieslinga. Dochowali się wspólnie trójki dorosłych już dzieci. Bońkowi sława do głowy nie uderzyła, choć przecież jest jednym ze stu najlepszych piłkarzy na świecie. Uznał tak sam Pele.

Maciej Stańczyk

Autor: Maciej Stańczyk                       Źródła: Onet.pl

słynny widzewski charakter

Niepokorny bramkarz z wielkim talentem

28 cze, 00:01             Maciej Stańczyk


Trenerzy mówią: piłkarzy trzeba trzymać krótko, bo lubią chodzić w miasto, rozmieniać się na drobne. On nigdy święty nie był, ale za to talentem bił innych na głowę. Może dlatego jest dziś jednym z najbardziej utytułowanych polskich piłkarzy. Józef Młynarczyk.

Z Widzewem Łódź dwa razy sięgnął po tytuł mistrza Polski, a w 1983 roku z łódzką drużyną dotarł do półfinału Pucharu Europy po wygraniu zaciętego boju z Liverpoolem, kiedy to angielscy kibice żegnali Polaków owacją na stojąco. Z portugalskim FC Porto też był dwa razy mistrzem kraju. Do tego dołożył jeszcze puchar Portugalii, Puchar Mistrzów, Superpuchar UEFA i Puchar Interkontynentalny. Na koncie ma jeszcze brązowy medal z mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. Pokaźna kolekcja jak na skromnego chłopaka z Nowej Soli, który piłkarskie treningi musiał godzić z fizyczną pracą.

Młynarczyk: sportowiec od małego

Od małego mówili o nim, że ma w sobie sportowego ducha. Grał w szczypiorniaka, siatkówkę, ping-ponga. W końcu postawił jednak na futbol. Chciał zdobywać bramki, czarować kibiców, choć trenerzy najchętniej widzieli go między słupkami. Długo musieli go przekonywać, żeby założył bramkarskie rękawice. Nie był tym pomysłem specjalnie zachwycony, ale kiedy wyszło mu parę interwencji, a ludzie zaczęli mówić, że w bramce jest odważny, uwierzył w swoje przeznaczenie. Dziś w jego metryczne zamieszczonej w "Encyklopedii piłkarskiej Fuji" możemy przeczytać, że był bramkarzem niezwykłym, "miał doskonałe wyszkolenie, a przy tym odwagę i widowiskowość, ale miał też walor, który na tej pozycji jest bezcenny - partnerzy w klubie i reprezentacji mieli do niego bezgraniczne zaufanie. Niezapomniane mecze i wspaniałe interwencje, a przy tym człek prawdziwy, z wieloma krytykowanymi publicznie słabostkami, choć co z tego, skoro wszyscy go lubili".

- No i chyba tego talentu mi nie brakowało - powiedział w niedawnym wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" Józef Młynarczyk.

Młynarczyk poznaje Piechniczka

Na jego talencie pierwszy poznał się Antoni Piechniczek. To właśnie Piechniczek sięgnął po 20-letniego bramkarza Dozametu Nowa Sól sprowadzając go do bielskiej Stali, która wtedy grała w drugiej lidze. Był rok 1974, Stal była w czubie tabeli. Dla Młynarczyka, grającego do tej pory w okręgówce, przeprowadzka do Bielska była jak przeskok do innego świata. Młody bramkarz nie musiał już po treningu biegać do pracy. Teraz mógł się skupić tylko na grze. Za szansę, którą otrzymał, do dziś jest wdzięczny Piechniczkowi.

- Ja trenerowi Piechniczkowi zawdzięczam prawie wszystko, co osiągnąłem w piłce. Dał mi szansę w Stali, sprowadził mnie do Opola, później regularnie stawiał na mnie w kadrze. To on stworzył drużynę, którą w 1982 roku przyniosła Polsce tyle radości. Nie wiem czy z innym trenerem udałoby nam się osiągnąć taki sukces – mówi dziś Józef Młynarczyk.

Zanim panowie spotkają się w reprezentacji, ich drogi krzyżują się najpierw w Opolu. Piechniczek trenuje tamtejszą Odrę, w 1977 roku ściąga Młynarczyka do klubu. Niektórzy pukają się w głowę, bo pamiętają jak Młynarczyk puścił w ligowym meczu właśnie z opolską Odrą aż pięć bramek, mówią, że to słaby bramkarz. Piechniczek odpowiada wtedy spokojnie: "On jeszcze kiedyś będzie bronił bramki reprezentacji".

Trener stawia na swoim i w końcu sprowadza Młynarczyka do Odry, do tego w atmosferze małego skandalu. Wszystko przez to, że na transfer nie chcieli zgodzić się działacze z Bielska. Samemu Młynarczykowi bardzo zależy na przeprowadzce do Opola, mimo braku zgody na transfer bramkarz wyjeżdża z Odrą na kilka meczów towarzyskich do NRD. Staje między słupkami jako... Joachim Szczepanek. Intryga nie udała się, ponieważ Młynarczyka wyszpiegowali w NRD działacze Stali. Wybuchła afera, ale w Opolu byli tak zdeterminowani do sprowadzenia golkipera, że udało im się zamieść całą sprawę pod dywan. Strony w końcu się dogadały i Młynarczyk oficjalnie mógł zagrać w Odrze. Spędził tam trzy sezony, zadebiutował w kadrze Polski i przeniósł się do łódzkiego Widzewa, zbrojącego się właśnie na podbój Europy.

Dzięki temu transferowi opolski klub miał nieźle zarobić. Umowa była taka, że Młynarczyk przeniesie się do Łodzi, ale w zamian łódzkie firmy wykupią miejsca reklamowe na opolskim stadionie. Kiedy Młynarczyk już był w Łodzi, do akcji wmieszał się Piotr Jaroszewicz, ówczesny premier Polski Ludowej. Wobec zbliżającego się kryzysu gospodarczego zakazał umieszczania reklam na stadionach i tak, do kasy Odry nie wpłynęła ani złotówka. Na odwrócenie transferu było już za późno. Zresztą ponoć w Opolu odetchnęli po przeprowadzce Młynarczyka do Łodzi.

- "Bo "Kolba" zawsze kochał dobre towarzystwo i miał przyjaciół w całym kraju. A że nie "nosił się z pańska" to miewał kłopoty z godzeniem koleżeństwa ze sportowymi obowiązkami. Jednak i tak powszechnie wiadomym było, iż "Młynarz" w każdym stanie ducha i ciała był i tak lepszym bramkarzem niż jego warszawski konkurent do reprezentacyjnej bramki - pisała o nim "Nowa Trybuna Opolska".

Młynarczyk przedstawia się Europie

W Łodzi Młynarczyk zostaje rzucony na głęboką wodę. Ma między słupkami zastąpić Stanisława Burzyńskiego i bronić w meczach pucharowych Widzewa. Pierwszego rywala, słynny Manchester United, skazywani na porażkę łodzianie odprawiają z kwitkiem. W następnej rundzie los rzuca ich na równie silny Juventus Turyn. W Łodzi Widzew wygrywa 3:1, w rewanżu przegrywa taką samą różnicą goli. O tym kto awansuje dalej mają zadecydować rzuty karne. Loteria, której głównym bohaterem staje się Józef Młynarczyk. Broni jedenastki egzekwowane przez Causio i Cabriniego. To głównie dzięki niemu Widzew wygrywa w karnych 4:1 i przechodzi do następnej rundy.

Tam na łodzian czeka już Ipswich Town. Bajka kończy się już po pierwszym meczu. Łodzianie przegrywają z Anglikami 5:0. Polacy odgrażali się jeszcze, że w rewanżu zagrają o niebo lepiej, ale z szumnych zapowiedzi nic nie wyszło. Po części dlatego, że zagrali bez swoich asów - Zbigniewa Bońka, Władysława Żmudy i właśnie Józefa Młynarczyka. Piłkarze byli już zdyskwalifikowani za tzw. aferę na Okęciu. Bramkarz odegrał w niej pierwszoplanową rolą.

Młynarczyk wraca z dyskoteki

Zbigniew Boniek w jednym z wywiadów wspominał: "Jak ja patrzę na te peerelowskie afery, to mi się śmiać chce. Przed wylotem na jakieś zgrupowanie do Włoch Józef Młynarczyk, wracając o piątej rano z dyskoteki, natknął się na trenera. Wybuchła awantura: zawodnik reprezentacji pijany! Decyzja: Młynarczyk nie leci. Na to ja, Lato, Żmuda i Terlecki zaprotestowaliśmy: "Chwileczkę. Po pierwsze, złapano jednego, a upiło się pięciu. Po drugie, Młynarczyk nie jest pilotem. A po trzecie, jak on nie leci, to my też nie. Polecieliśmy z Młynarczykiem, ale w Polsce już się mówiło "bunt piłkarzy", "banda czworga". W końcu sam prezes PZPN, generał Ryba, przyjechał do Rzymu i zabrał nas z powrotem do Polski. Odebrano nam paszporty, zdyskwalifikowano".

Dziś można się z tego śmiać, ale wtedy wydawało się, że kariera Józefa Młynarczyka wisi na włosku. Jednak znów na horyzoncie pojawia się postać Antoniego Piechniczka, któremu komunistyczne władze powierzają prowadzenie reprezentacji w zastępstwie skompromitowanego aferą na Okęciu trenera Ryszarda Kuleszy. Piechniczek naciska, żeby do kadry mógł wrócić Młynarczyk. W końcu partia ulega i bramkarz Widzewa znów może założyć reprezentacyjny trykot. W samą porę bo właśnie zbliża się mundial w Hiszpanii.

- Nie mówię, że byłem bez winy, ale afera na Okęciu została rozdmuchana do przesady. Próbowano wtedy chyba odwrócić uwagę społeczeństwa od pustych półek w sklepach i zrobiono z najlepszych polskich piłkarzy jakąś bandę. Zawiesili mnie, ale wierzyłem, że jeszcze będę miał okazję grać w piłkę i solidnie trenowałem. Mundial w Hiszpanii był dla mnie czymś najpiękniejszym - wspomina Józef Młynarczyk.

Młynarczyk zdobywa medal

Bohdan Łazuka przed mundialem śpiewa słynne "Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek?. Rzeczywiście postawa polskiej reprezentacji na turnieju była zagadką, tym bardziej, że w Polsce obowiązywał już stan wojenny i nie było wiadomo, jak sytuacja polityczna wpłynie na piłkarzy. Tymczasem w zespole panowała bardzo dobra atmosfera, zupełnie odmienna od tej, która miała miejsce podczas poprzedniego mundialu w Argentynie. Piłkarze tworzą monolit, ale na początku turnieju grają słabo, remisując z Kamerunem i Włochami. Rozkręcają się jednak z meczu na mecz, przechodzą do następnej rundy. Zatrzymują się dopiero na półfinale, gdzie muszą uznać wyższość Włochów.

Nasza reprezentacja przywozi z Hiszpanii brązowy medal. W kraju piłkarze witani są jak bohaterowie. Po plecach poklepują ich kibice i komunistyczne władze. Także Młynarczyk, Boniek i Żmuda, którzy wcześniej byli persona non grata w kadrze, a na mundialu odgrywali w niej pierwsze skrzypce.

Młynarczyk jedzie na Zachód

To, co najlepsze w klubowej karierze Józefa Młynarczyka, dopiero miało nadejść. W 1984 roku bramkarz przenosi się do ligi francuskiej. Gra w słabej Bastii, ale na tyle dobrze, ze przyciąga uwagę silniejszych klubów. W końcu, w wieku 33 lat przeprowadza się do Portugalii, do FC Porto.

Młynarczyk pograł pół roku, wywalczył mistrzostwo Portugalii, po czym doznał kontuzji i wypadł ze składu. Kiedy się już wyleczył na dobre wrócił do bramki "Smoków". Broni m.in. w finale Pucharu Mistrzów przeciw naszpikowanemu gwiazdami Bayernowi Monachium. Ten mecz dla Młynarczyka ma dwa oblicza. W pierwszej połowie nasz bramkarz popełnia błąd, który jego zespół kosztuje utratę bramki. Potem jednak broni jak z nut, a Porto wygrywa z niemiecką drużyną 2:1. Sięga po trofeum.

- Euforia po wywalczeniu pucharu była niesamowita. Wylądowaliśmy w Porto w środku nocy i zanim doszliśmy do autokaru, kibice zdarli z nas niemal całe ubranie. Później jednak nie pojechaliśmy spać, tylko prosto na stadion, gdzie o szóstej urządzono oficjalną prezentację trofeum. Zabawa trwała przez kilka następnych dni - wspomina bramkarz.

Młynarczyk robi biznes

Właśnie w Portugalii Józef Młynarczyk postanawia zakończyć karierę. Ma 36 lat i doskwiera mu kontuzjowany bark. Wraca do Polski i zakłada firmę produkującą dzianiny. Po kilku latach znów emigruje do Portugalii, by szkolić bramkarzy FC Porto. To właśnie pod jego okiem trenuje kolejna ikona "Smoków" Vitor Baia. Potem "Młynarz" szkoli też bramkarzy reprezentacji Polski, kilku ligowych klubów m.in. Lecha Poznań i Widzewa Łódź. Do tego prowadzi dużą firmę transportową. Od futbolu nie jest uzależniony, ale wciąż do niego wraca. I zżyma się, gdy bramkarze popełniający koszmarne błędy całą winę zwalają na piłkę - że za szybka, za mała, za śliska. Jak choćby na obecnym mundialu.

Maciej Stańczyk

Autor: Maciej Stańczyk

you will never walk alone

słynny widzewski charakter

Boiskowy cwaniak z Aleksandrowa

30 cze, 00:01    Maciej Stańczyk

Dryblingów uczył się, biegając z piłką między drzewami. Strzały trenował nawet w domu, ustawiając w rogu mieszkania krzesło. W piłkarskim światku zasłynął jednak ze swojego cwaniactwa. Claudio Gentile, prawdziwy boiskowy brutal, który poniewierał samego Diego Maradonę, z Włodzimierzem Smolarkiem już nie mógł sobie poradzić.

Smolarek od zawsze musiał walczyć o swoje. Najpierw, kiedy jako młody chłopak z Aleksandrowa Łódzkiego powoływany był na konsultacje najlepiej rokujących piłkarzy z regionu. Na takich konsultacjach roiło się od młodych gwiazdek i gwiazdeczek z ŁKS-u i Widzewa. Jakiś trampkarz z małego Aleksandrowa specjalnie nie pasował do tego towarzystwa. Chłopcy grali między sobą, Smolarkowi nie chcieli nawet podawać piłki. Musiał o nią dosłownie walczyć, żeby pokazać trenerom co potrafi.

Później boiskowe cwaniactwo przydało mu się w Widzewie, gdzie święcił swoje największe tryumfy. Z łódzką drużyną Smolarek zdobył dwa razy mistrzostwo Polski, raz krajowy puchar. "Sołtys" do ówczesnego Widzewa pasował jak ulał, był zadziorą, miał ten "widzewski charakter", który kazał mu walczyć o każdą piłkę, do samego końca. Bez tego charakteru w łódzkiej drużynie nikt by się nie utrzymał. On był jej filarem, do dziś pozostaje jednym z najlepszych strzelców klubu w historii.

Z Widzewem zawojował też europejskie puchary. Właśnie na międzynarodowej arenie Smolarek w pełnej krasie pokazał się jako boiskowy cwaniak. Najpierw, kiedy łódzka drużyna toczyła boje z Juventusem Turyn, a on ścierał się z boiskowym brutalem Claudio Gentille. Włoski obrońca, który niemiłosiernie poniewierał np. Diego Maradonę, ze Smolarkiem nie miał już tak łatwego życia. Kilka razy to Polak był górą.

Do legendy przeszedł jednak jego popis na mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. W ostatnim meczu fazy grupowej nasza reprezentacja grała ze Związkiem Radzieckim. Do końca meczu zostało kilka minut, na tablicy świetlnej widniał remis, który właśnie Polakom dawał upragniony awans. Nasi mądrze się bronili, a kiedy piłkę dostawał Włodzimierz Smolarek, szybko biegł z nią do przodu. Nie strzelał, nie podawał kolegom, tylko stawał w rogu boiska, przy chorągiewce. Tam kręcił kółeczka, zastawiał piłkę przed przeciwnikami, grał na czas. Skutecznie, bo dowieźliśmy remis do końca spotkania i to my przeszliśmy do dalszej fazy turnieju, z którego w rezultacie przywieźliśmy brązowy medal. A "róg Smolarka" stał się klasykiem polskiego futbolu.

- Tego zagrania nauczył mnie w Legii Kazimierz Deyna. Graliśmy z Zagłębiem Sosnowiec, prowadziliśmy i tuż przed końcem meczu Deyna krzyknął, żebym przytrzymał piłkę w rogu boiska, koło bramki przeciwnika. Przypomniałem sobie o tym na mistrzostwach - wspominał Włodzimierz Smolarek.

Futbol miał we krwi

Gra z orzełkiem na piersi była spełnieniem jego dziecięcych marzeń. To było jasne od urodzenia, że Włodzimierz będzie piłkarzem. Futbol miał we krwi, w genach. Jego ojciec Ryszard był piłkarzem Włókniarza Aleksandrów Łódzki. Ponoć niezłym, który nawet miał oferty z lepszych klubów, ale który poświęcił karierę dla rodziny. Małego Włodka jednak nauczył kopać piłkę. Zabierał syna na stadion Włókniarza, dosłownie na przeciwną stronę ulicy, albo szedł z nim do lasu. Mały Włodek trenował tam dryblingi biegając z piłką między drzewami. Po latach Włodzimierz takie same treningi organizował swojemu synowi Ebiemu. Smolarkowie grali na podwórku jeden na jednego albo w domu strzelali do ustawionego w rogu krzesła.

Młody Włodzimierz miał talent do piłki jeszcze większy niż Ebi. Był szybki, przebojowy, zadziorny, potrafił pociągnąć na bramkę, ostro strzelić. O utalentowanym piłkarzu szybko zrobiło się głośno w pobliskiej Łodzi. W końcu Smolarek trafił do Widzewa, wtedy dopiero budującego swoją legendę.

Ale jego talent widzieli nie tylko w Widzewie. W 1977 roku przypomina sobie o nim warszawska Legia, wysyłając do Łodzi powołanie do wojska dla Smolarka. Na dwa lata napastnik z Aleksandrowa przenosi się do stolicy. W Legii debiutuje w ekstraklasie, ale nie chce zostać na stałe. Myśli o powrocie do Widzewa. Za karę rządzący warszawskim klubem pułkownicy wysyłają go do pracy w stajni. Nie złamali jednak "Sołtysa". Wojskowi próbowali jeszcze przekupić rodzinę Smolarka torbą pieniędzy, żeby tylko Włodzimierz grał w Legii, ale na nic się to zdało. W końcu ustąpili i pozwolili Smolarkowi wrócić do Łodzi.

- "Interweniowałem w sprawie Włodzimierza Smolarka u wysoko postawionych generałów. I cel został osiągnięty. Użyłem wszystkich dostępnych mi argumentów, aby wyzwolić Smolarka z Legii. Zdawałem sobie doskonale sprawę z jego nieprzeciętnych wartości piłkarskich. Smolarek nie zawiódł moich nadziei. Był jednym z najlepszych futbolistów w historii Widzewa. Z Markiem Piętą tworzyli tandem napastników, przed którym drżały najsilniejsze formacje obronne w kraju" - wspominał nieżyjący już Ludwik Sobolewski, legendarny prezes Widzewa Łódź.

"Sołtys" gwiazdą Widzewa

W Widzewie na dobre rozbłysnęła gwiazda Włodzimierza Smolarka. Był pupilem publiczności, jednym z najlepszych zawodników zespołu w jego złotym okresie. Z łódzką drużyną wyeliminował z europejskich pucharów włoski Juventus Turyn czy angielski Liverpool. Dotarł z nią do półfinału Pucharu Europy. W kraju zdobył dla Widzewa jego pierwsze mistrzostwo, był wyróżniany przez "Przegląd Sportowy" w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski.

Na boisku czarował. Obrońców mijał jak tyczki. Ci, co grali przeciwko niemu wspominają, że ciężko go było przewrócić, tak mocno stał na nogach. Co jednak najistotniejsze dla napastnika, strzelał ważne gole, jak ten wbity Lechii Gdańsk, gdy grał w barwach Widzewa.

- Przed rozpoczęciem drugiej połowy powiedziałem do Zbyszka Bońka, żeby podał mi piłkę. Zapytał się, co ja chcę zrobić. Odpowiedziałem mu: zagraj, a zobaczysz co się stanie. Zbyszek podał mi, a ja minąłem piłkarzy Lechii jak pachołki i strzeliłem bramkę na 2:1, która dała nam zwycięstwo - opowiadał dziennikarzom Włodzimierz Smolarek.

Otwarta droga na świat

Jeszcze ważniejszą bramkę Włodzimierz Smolarek strzelił w 1981 roku dla reprezentacji Polski. 10 października w Lipsku graliśmy z NRD w eliminacjach do mundialu w Hiszpanii. Mecz decydował o tym, która drużyna pojedzie na turniej. Po pięciu minutach prowadziliśmy już 2:0 po golach Andrzeja Szarmacha i Włodzimierza Smolarka. "Sołtys" dostał długie podanie od Szarmacha wyprzedził obrońcę, minął bramkarza, ograł jeszcze drugiego rozpaczliwie interweniującego defensora i wpakował piłkę do pustej bramki. W drugiej połowie dołożył jeszcze jedną bramkę i to my wygraliśmy w sumie 3:2.

- To najważniejsze bramki w mojej karierę i mój najlepszy mecz w życiu - mówił potem wielokrotnie Włodzimierz Smolarek.

Dzięki zwycięstwu nad NRD pojechaliśmy do Hiszpanii, a stamtąd przywieźliśmy brąz, również w dużej mierze dzięki dobrej grze Smolarka. On sam na mundialu zagrał jeszcze raz, w 1986 roku w Meksyku. Polska wyszła tam z grupy, ale potem trafiła na Brazylię, z którą wysoko przegrała. Zdobyliśmy na tej imprezie tylko jedną bramkę. Gola Portugalczykom wbił właśnie Włodzimierz Smolarek.

Z kadrą jednak żegna się dopiero w 1992 roku. Miał już 35 lat, kiedy Andrzej Strejlau powołał go na mecz eliminacji mistrzostw świata przeciw Holandii. Graliśmy z "pomarańczowymi" w Rotterdamie, a Smolarek na co dzień występował w holenderskim FC Utrecht. Polska niespodziewanie w tym meczu remisuje 2:2, Smolarek wchodzi na blisko pół godziny na boisko. Gra dobrze, a pod koniec o mały włos nie strzela bramki, po efektownym rajdzie przez pół boiska. Tak żegna się z kadrą.

Najpierw piłkarz, potem trener

Na Zachodzie oszołamiającej kariery nie zrobił. Oprócz koszulki Utrechtu zakładał jeszcze trykot Feyenoordu Rotterdam i niemieckiego Eintrachtu Frankfurt. Z tym ostatnim klubem zdobył nawet Puchar Niemiec. Karierę zakończył właśnie w Utrechcie.

Od piłki nie odszedł. Osiadł na stałe w Holandii, gdzie przez długi czas był trenerem młodzieży w szkółce Feyenoordu. Ostatnio spoglądał jeszcze w stronę polityki, ale przegrał w ubiegłym roku wyścig o miejsce w europarlamencie.

Ma dwóch synów - Mariusza i Euzebiusza. Obaj futbol mają w genach. Starszy zapowiadał się na niezłego gracza, ale jako nastolatek nabawił się ciężkiej kontuzji i musiał zakończyć karierę. Ebi swego czasu czarował w reprezentacji Leo Beenhakeera. Teraz jest zawodnikiem greckiej Kavali.

Włodzimierz współpracuje z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Zajmuje się skautingiem, szuka młodych utalentowanych graczy, którzy mogliby zagrać dla Polski. Często wpada do kraju. W rodzinnym Aleksandrowie Łódzkim jest niemal ikoną. Razem z Ebim i swoją matką, panią Jadwigą, jest honorowym obywatelem miasta. Niedawno w jednej z miejskich szkół została nawet uruchomiona klasa sportowa, której jest patronem. Smolarek obiecał, że poprowadzi z uczniami kilka treningów. Tak naprawdę marzy mu się jednak praca z kadrą Polski.

Maciej Stańczyk

Autor: Maciej Stańczyk

Strona główna|Moje konto|Zdjęcia Reklama © streemo 2012 top^